Kontakt:
adamus@poczta.fm
W bibliotece



W bibliotece.

W końcówce PRL-u było taki wstęp, którym czasem rozpoczynano przemówienia, zawsze wypowiadany z wielką powagą: towarzysze, ostatnio wiele myślałem. Szkoda, że dopiero ostatnio - odpowiadano z sali. Ja to zmodernizuję i powiem inaczej choć też bardzo poważnie:

Proszę państwa, ostatnio byłem w Miejskiej i Gminnej Bibliotece Publicznej w Wieluniu!
A co!
Zaprosił mnie znajomy, którego tam zaproszono. Przy okazji postanowiłem zrobić kilka zdjęć dla zaprzyjaźnionego Towarzystwa.

W bibliotece odbywała się promocja książki okolicznościowej o bibliotece. Póki siedziałem spokojne i czasem zdjęcia robiłem, wszystko było dobrze. Wprawdzie musiałem zmienić super miejsce na inne, bo obok pojawił się taki pan z kamerą na statywie i łokciem ciągle mnie w ucho albo w okulary trącał, więc mu grzecznie ustąpiłem, ale on i tak nie usiadł, tylko stał i gapił się w ekranik kamery, jakby na żywo nie mógł. Desperat jakiś! Ale sympatyczny. To drugie miejsce też było niczego sobie, z boku, spokojnie.

No to siedziałem i słuchałem, od czasu do czasu - zdjęcie i spokój.
Dopiero potem zaczęły się schody. Bo po tej części oficjalnej miałem spokojnie sobie pójść do domu, a tu ogłoszono, że wszyscy obecni dostaną po książce, tej promowanej. Książka za darmo, prosto pod strzechy! W bibliotece! Wyobrażacie to sobie! Przecież biblioteka gromadzi książki, a tu takie rozdawnictwo!
Oj, nie rozdawnictwo, inne już czasy - promocja.

Tłok po te książki się zrobił! Ja za aparat fotograficzny i niby zdjęcia robię, a coraz bliżej, bliżej. Ale widzę, że wszyscy oczekujący biorą ze stołu kieliszki z winem i popijając konwersują, na luzie, inteligentnie, z uśmiechem na ustach, nie spiesząc się, nie pchając jak ja. Co ja gorszy? - pomyślałem. Ruszyłem do tego stołu i z nerwów złapałem trzy, może cztery kropelki bardzo młodego wina, winogrona znaczy się, bo też były. Ja przestrzegam prawa, bo gdyby mnie złapali później za kierownicą, to pewnie prawka bym już nie odzyskał - ten egzamin, badania lekarskie, psycholog, okulista, laryngolog, proktolog, nie - proktolog to jak do Prezesa...
Wiem jak to jest, bo znajomy mi opowiadał. Już na Ukrainę po to prawko się wybierał, albo do Czech, bo tam łatwiej, a był dużo młodszy ode mnie i nie mógł dać rady!

No to ja te winogronka podjadam, rozglądam się, uśmiecham nieśmiało - tylko, co u licha z tymi ogonkami zrobić - a, do kieszeni je! Wreszcie przygarnęły mnie trzy panie. Konwersacja wstępna, badanie gruntu, uśmiechy. Jedna chyba się trochę obraziła, bo nie chciałem się z nią umówić…., na wywiad oczywiście. Właściwie, to zaproponowałem, że w przyszłym roku może będzie okazja, ale sobie poszła. Za nią odeszła druga, chyba jej koleżanka. Zostałem z jedną, sam na sam, cała dla mnie! Sympatyczna, młoda, atrakcyjna, uśmiechnięta i - zaznaczam to tłustym drukiem - wyrażała życzliwe zainteresowanie moją osobą. Ja też się starałem, nie powiem, głównie to się starałem brzuch maksymalnie wciągnąć, ale szło nieźle. Tylko co chwila taka myśl mi przez głowę przelatywała - kto to jest, skąd ją znam? Czy ja ją znam? Co ona ode mnie chce? Kurczę, co jest grane?

Potem przyszła zupełna katastrofa - doszło do wymiany wizytówek. Ja oczywiście swojej nie znalazłem w portfelu, no, bo co ja mogę na niej napisać - emeryt? Na otrzymaną wizytówkę dyskretnie zerknąłem, przeczytałem tylko to dużymi literami i oniemiałem - Magdalena Kapuścińska! Ta poetka! Wiedziałem! Wiedziałem, tylko skąd? Ale plama!

Uratował mnie kolega, który chyba pozazdrościł mi tego sam na sam z taka dziewczyną, podszedł do nas, a ja dyplomatyczne zwiałem, zdążyłem tylko tę książkę darmową złapać, bo się rozluźniło.

W domu wizytówkę pod lupę - Magdalen Kapuścińska - Freelancer. Komputer start, wujek Google w ruch, wpisuję freelancer. Wychodzi - wolny strzelec. Aha, wolny strzelec mnie ustrzelił, tylko po co? A w tych nowych wizytówkach to już mam specjalistkę od fundraisingu i menagera formulacji, będzie i freelancer do zbioru.

Jak to dobrze, że nie mam już swojej wizytówki, bo co na niej by mogło być? W najlepszym okresie nauczyciel dyplomowany, dziś - emeryt z przeciętną emeryturą i żoną, tą samą od ponad 40 lat. Normalnie wstyd w wielkim świecie się obracać!

Tak jak obiecałem, wysłałem do pani Magdaleny mejla. Przyszła odpowiedź, że mam być na spotkaniu w Klubie Satyryka w dniu 14 listopada.
Poszedłem.

Tak właściwie, to chciałem tam mówić o budownictwie. W czasach mojej młodości i wczesnej męskości, budowano nowe domy, całe blokowiska. Budowano Szkoły Tysiąclecia. Pracowałem nawet w takiej jednej nowowybudowanej szkole, która już 50-lecia doczekała. Tak budowali!
Te bloki, te szkoły i internaty to budowali budowlańcy. Budowlaniec to taki Maliniak, tylko ten z filmu Czterdziestolatek, nie ten z wiadomości...
Taki w gumiakach, z łopatą, w kasku z tyłu głowy, na kacu. I oni te bloki budowali, ci budowlańcy. A lud pracujący miast i wsi czekał, czekał, czekał. Wreszcie dostawał upragnione klucze do mieszkania! To nowe "zamieszkanie" zaczynało się od usuwania usterek, tych już przedtem usuwanych przez budowlańców też, od poprawek, umacniania, osadzania krzywych okien i drzwi, prostowania ścian, poprawiania elektryki. A ile radości było, gdy wstrzeliwany w ścianę kołek do sąsiada wpadał! Wiem jak to było, szwagier dostał takie mieszkanie! Jego dzwonek to dzwonił u sąsiadki pięto wyżej, prawie do rozwodu doszło, zanim się nie połapali.

Te poprawki są do dziś legendarne, znacie je państwo. Ale jak już wszystko poprawiono, to mieszka już tam i drugie, a czasem i trzecie pokolenie. Taki "nowowzniesiony" dom, świetnie opisał Marian Załucki w swoim wierszu "Komfort działa". Dobrze, że Załuski pisał wtedy, w tamtych czasach, bo dziś już takich domów nie ma. Zmieniły się czasy, zmienił się sposób budowania, nie ma już budowlańców, można wręcz zanucić z tęsknotą - "bo prawdziwych budowlańców już nie ma".

Dziś domów nie budują budowlańcy, dziś domy budują deweloperzy. Taki deweloper zaczyna budowę od rusztowań, potem owija je taką szczelną siatką dla bezpieczeństwa, żeby tam nikt nie zaglądał. I budują, budują, budują. A dawcy kasy na to mieszkanie czekają, czekają, czekają.
Aż wreszcie w telewizji na tym czerwonym pasku na dole ekranu - news - deweloper zbankrutował! Kandydat ma pożyczkę w frankach szwajcarskich, nie ma mieszkania, nie ma kasy - ale za to nie musi robić żadnych poprawek w tym nowym domu!
Co za ulga!
Brawo Ty, jak mówi reklama!
To jest dopiero postęp!

Tekst ten napisałem na spotkanie w Klubie Satyryka w Wieluniu.
Cukrownia Wieluń, 12-13 listopada 2016 r.




2016; hobby_TOT all right reserved     do strony głównej       do góry - top
Ta witryna nie używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Nie wykluczmy jednak możliwośći korzystania z takich plików przez serwery i dodatki internetowe z których możemy korzystać. Każdy może zaakceptować pliki cookies korzystająć z domyślnych ustawień swojej przeglądarki, istnieje również możliwość ich zablokowania.